A może to ze szpitala pomyślał

„A może to ze szpitala, pomyślał raptem. Teraz już wiedział, że myśli na jawie, a nie we śnie. Gdy otworzył oczy, ze zdumieniem a zarazem z ulgą ujrzał nasiąkłe światłem słonecznym story, poruszające się w oknach, niczym dyszące. W pokoju jaśniał już dzień. A tymczasem zdawało mu się, że dopiero co zasnął i że cały ten koszmar trwał zaledwie paręnaście chwil. Szybko chwycił za słuchawkę. To bowiem u jego wezgłowia i jak najbardziej na jawie rozlegało się od pewnego czasu brzęczące dzwonienie.
— Słucham
— Czy pan Leon Wachicki — spytała telefonistka centrali „Bristol".
— Przy aparacie, ha!
— Przepraszam, że pana, zdaje się zbudziłam. Proszę mówić!
Wtedy posłyszał jakby czyjś znajomy męski głos, mówiący jednak z wielkiej odległości.
— Co... co... Czy to pan kapitan Wieczorkiewicz — prawie zakrzyknął, osłoniwszy tubę dłonią.
— Dzwonię, bo chciałem panu bardzo podziękować — posłyszał.
— Za co — zdumiał się.
— Ici Varsovie! Ici Varsovie, parlez sil vous plait! — odpowiedział mu dzie%vczęcy, ale niezadowolony i jeszcze zaspany głos telefonistki.
— Proszę pani, proszę pani, nas rozłączono! — zawołał.
— Paris! Paris, parlez! — zdenerwowano się czemuś w membranie. I znowu rozległ się brzęczyk.“(3)